niedziela, 25 czerwca 2017

Opowiadanie 2 Rozdział 2 - Nowe - stare życie

*Oczami Natsu*
Kto by pomyślał, że taki szczęściarz ze mnie, nie dość, że genialny w każdej dziedzinie brat bliźniak to do tego młodsza siostra, która uczy się w szkole prywatnej. Lepiej trafić nie mogłem. Ciekawe czy w ogólnie mnie lubi i czy ja ją lubię. Takie pytanie zaprzątały mi głowę przez cały odcinek do samych drzwi szkoły i nagle przestały. Dotykając klamki lepkiej od dotyku innych uczniów poczułem niepokój. Był tak silny że w pewnym momencie odstąpiłem od drzwi i cofnąłem się na 5 kroków. Walczyłem ze sobą żeby otworzyć te głupie drzwi. To nie opór stanowił przeszkodę, ale korytarze tętniące życiem. Czy byłem na nie gotowy? Na nowe - stare życie? Z boku musiało wyglądać to komicznie jak kilkakrotnie podchodziłem do drzwi i za każdym razem z tym samym skutkiem. Pomyślałem, żeby poczekać na brata, ale to by tylko mogło pogorszyć sytuacje.
Od kiedy pamiętam byłem niezależny od innych więc czemu teraz miałoby być inaczej? Zanim spróbowałem jeszcze raz natrzeć na drzwi wejściowe i zaatakować je jak największego wroga postanowiłem przysiąść na ławce i zapisać w kołonotatniku imię "Lily" a obok niego wielki znak zapytania.
4 minuty później przemogłem się i wygrałem nierówną walkę. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka dusząc się zastanym, lokalnym powietrzem. Czy tu zawsze tak śmierdziało? To nie było pytanie, na które chciałem zgłębiać odpowiedź. Jednak to dziwne uczucie niepokoju musiało mieć jakieś podstawy. Powąchałem się delikatnie pod pachami, bo może to ja tak śmierdziałem, że wszyscy wpatrywali się we mnie jak w obrazek. Ale po pierwsze to nie ode mnie ten swądzik a po drugie nie jestem pewny czy to był ładny obrazek. Niektórym się zrobiło głupio jak napotkałem ich spojrzenie i szybko umykali korytarzem inni prowadzili jakąś bitwę na spojrzenia, ale raczej nie interesowało mnie teraz wygrywanie, więc odpuściłem. Żadna twarz nie wydawała mi się znajoma i na żadnej nie malował mi się wielki znak zapytania, więc szedłem dalej. Nogi same mnie nosiły, prowadziły głębokim korytarzem do jakiegoś miejsca choć sam nie za bardzo wiedziałem gdzie się udaje. Po chwili okazało się, że nogi a raczej moje komórki w mózgu zaczęły stykać i nawiązały jakieś połączenie z innymi a te inne z jeszcze innymi i oto dotarłem do sekretariatu, gdzie miałem dotrzeć. Czyż to nie cudowne? Biologia stała się taka potrzebna. Otworzyłem drzwi i gestem zapraszającym powitała mnie pani sekretarka. U niej na twarzy namalował się wykrzyknik, który zinterpretowałem, jako ostrzeżenie. Może mnie nie lubi? Albo ja jej? Z początku uśmiech jej był tak szeroki, że byłem pewien, że włożyła sobie szerokością wielkiego banana do ust i nie może go przełamać, ale jak przyjrzała mi się bliżej z banana zrobiła jak pestka arbuza. Ten cudowny wyraz twarzy towarzyszył wszystkim nauczycielom na mój widok - pomyślałem i w jednej chwili zdałem sobie sprawę, że kolejne komórki się połączyły - no świetnie pracujesz mózgu 2:0, jeszcze troszkę a rozpoznasz siostrę.
- Natsu, jak się cieszymy, że wróciłeś. Wyglądasz wyśmienicie. Jak się czujesz? Gdyby Ci coś dolegało masz się zgłaszać do pani pielęgniarki na drugim piętrze po prawej stronie trzecie drzwi na lewo. - powiedziała bez cienia uśmiechu jakby recytując wyuczoną i dobrze znaną regułkę po czym kontynuowała nie czekając na moją odpowiedź. - A teraz, przekazuję Ci rozkład dnia, plan lekcji na kolejne dni, możliwość zgłoszenia na dodatkowe zajęcia, choć każdy wie, że tego nie zrobisz, dlatego kosz jest zaraz przy wyjściu. - dodała kiedy zacząłem się za nim rozglądać. Czyżby aż tak dobrze mnie znała? Zaczęło mnie to intrygować. - Musisz wypełnić ankietę, dostarczyć resztę danych, dowód, zdjęcie do legitymacji albo dać starą do podstemplowania i możesz ruszać na lekcje.
- Dziękuję za miłą obsługę. Choć nie pamiętam, ale czuję w kościach, że byłem tu stałym bywalcem.
- Wynocha Dragneel. - rzuciłam z gestem jakby chciała odgonić natrętną muchę.
 Wyszedłem i zdałem sobie sprawę, że przegapiłem dzwonek na lekcje. Udałem się do szatni zgodnie z rozkładem, wyjąłem z kieszeni klucz uprzednio zwinięty z recepcji i zapakowałem niepotrzebne rzeczy do szafki, żeby nie dźwigać tony na plecach. Czy zawsze tak robiłem? Ciekawe. Później ruszyłem do sali numer 11, w której już odbywała się lekcja z literatury. Chyba nie ładnie tak przeszkadzać w trakcie lekcji - pomyślałem i chycikiem skulając się ominąłem drzwi. Jednak moje manewry choć tak idealnie wykonane uchwyciła kamera i za chwilę było słychać głos w głośnikach.
Dragneel na lekcje ty parszywy leniu! - niezłe powitanie pomyślałem. Wyprostowałem się, tak, że stanąłem twarzą do okna w sali 11. Wszystkie oczy zwróciły się na mnie więc ożywiłem się z tego transu i otworzyłem drzwi. Ręce i nogi trzęsły się jak galareta. Stary, jesteś twardzielem, to czemu tak trzęsiesz portkami - pomyślałem. W tej samej chwili powitał mnie głos nauczyciela.
- Witamy w naszych skromnych progach panie Dragneel. - powitał mnie profesor filozofii, człowiek wysoki, wychudzony z wyłupiastymi oczami. Pewnie nabył je od patrzenia wnikliwie w uczniów. - pomyślałem ale zaraz tego pożałowałem, bo wielkolud wyczuł że się na niego patrzę i zrobił grymas zniesmaczenia moją wizytą. - Nie będzie tak pan stał, proszę się rozgościć, pierwsze ławki zawsze są zostawione dla takich zdolnych i inteligentnych uczniów jak pan. Mając cały rok odpoczynku mam nadzieję, że przeczytał pan tragedie greckie o które prosiłem. - rzucił uszczypliwie a za chwilę parsknął śmiechem plując przy tym na odległość. Dobrze, że jeszcze nie siedziałem w tych pierwszych ławkach, ale rudowłosy chłopak o piegowatej cerze już nie miał tyle szczęścia.
Kiedy nauczyciel zdał sobie sprawę że tylko on się śmieje ze swojego jakże śmiesznego dowcipu. No dobra, może nie tylko on ale tych kujonów nie liczę, bo jak na nich spojrzałem to zaprzestali śmiechu i wlepili oczy w książki przed nimi. Chyba miałem respekt w tej szkole. - przeszło mi przez myśl, ale zaraz wyfrunęło gdy napotkałem na gniewne spojrzenia innych członków zajęć. Oczywiście nie wszystkich, ale niektórzy łypali na mnie jakby zaraz mieli wstać i przywalić mi za coś co im zrobiłem. Ale ja nawet nie wiem co to było więc walka byłaby niezbyt równa. Jeden na ... hmm.... 10? I tak nie tak źle, na klasę liczącą 20 osób. Plus tych 3 kujonów... dawało razem 5 osób neutralnych, jedną uśmiechającą się do mnie i mnie. Całkiem spoko ekipa.
No ale wracając do sytuacji.  Kiedy profesor przestał śmiać się ze swojej głupoty rzucił.
- Po pana tragedii to pewnie już po żadną inną sięgać się nie chciało. Domyślam się. Ale na następnych zajęciach tak dobrze, to pana nie potraktuje. Czy wyraziłem się jasno? - warknął naburmuszony.
- Jak Słońce!
Reszta lekcji upłynęła przyjaźnie, czyli nauczyciel zapomniał o moim istnieniu a ja zapomniałem o jego. No niezupełnie zapomniałem, bo starałem się z całych sił sporządzać notki o "Królu Edypie" "Antygonie" i tych innych tragediach. Wiedziałem, że na następnej lekcji będę stał przed klasą i o nich opowiadał. Gdy zadzwonił dzwonek wszyscy zaczynali wychodzić i zbierać się w grupki na korytarzu. Chcąc ominąć ciekawskie spojrzenia przedłużałem pakowanie rzeczy do plecaka i wyciągnąłem telefon w nadziei, że dostałem jakąś wiadomość. Niestety realia okazały się być inne a ja musiałem stawić wszystkim czoła. Gdy wyszedłem na korytarz połowa hałasów umilkła i większość spojrzeć trafiła we mnie. Przez chwilę poczułem się jakbym był żywą tarczą a horda rozjuszonych myśliwych chce na mnie zapolować. Nie opuściłem jednak głowy, szedłem prosto w stronę drzwi wyjściowych na taras, nie mam pojęcia skąd wiedziałem gdzie prowadzą, ale zadziałało. Mózg doprowadził mnie na ławki i stoliki umieszczone w zagajniku pełnym kwiatów doniczkowych i krzewów. Usiadłem jak najdalej od drzwi i rzuciłem plecak na ławkę. 
- Piękny dzień, co? - odezwał się promiennie jakiś głos koło mnie. A słowo daję sekundę wcześniej siedziałem sam. Otworzyłem oczy i spojrzałem na ładną, niebieskowłosą dziewczynę o jasnej jak śnieg cerze i rumianych policzkach. Siedząc wyglądała na dziewczynkę z 6 klasy podstawówki. - Jestem Levy - rzuciła pogodnie odwracając się w moją stronę i podając mi dłoń. 
- Natsu. - powiedziałem i uścisnąłem jej rękę. 
- Wiem, nie musisz mi się przedstawiać. Znam Cię bardzo dobrze. - odrzekła nie kryjąc uśmiechu. - Przedstawiłam się, bo wiem, że Ty nie pamiętasz mnie. 
- Mógłbym udawać, że jest inaczej, ale nie będę zaprzeczał. Czy przyjaźniliśmy się? 
- Jestem dziewczyną twojego najlepszego przyjaciela. A może byłą? Ciężko na dążyć za nim. 
Uśmiechała się tak słodko jakbyśmy rozmawiali o najcudowniejszych słodyczach świata a nie o zerwaniu ze swoim chłopakiem. 
- Nie rób takiej przerażonej miny. - dodała - On już taki jest. Kłótliwy, zaborczy i gwałtowny ale zawsze do mnie wraca. 
- Cieszę, się, że tak spokojnie do tego podchodzisz. - westchnąłem. - Bardzo chciałbym Cię pamiętać i wspomnienia pewnie wrócą z czasem ale na ten czas możesz pomóc mi znaleźć odpowiedzi na kilka pytań?
- Po to tu jestem Natsu, żeby Ci pomóc. Ale teraz choć na lekcje, bo zaraz będzie dzwonek. 
....
Na drugiej godzinie odbywała się lekcja informatyki w sali komputerowej. Każdy musiał dobrać się w dwuosobowe grupy i razem pracować przy jednym komputerze. Z racji tego, że nie byłem na to przygotowany stałem i wyczekiwałem na partnera, który pozostanie mi w udziale. Okazał się nim być wysoki, potężny czarnowłosy chłopak o głowę albo dwie ode mnie wyższy. Patrzył na mnie swoimi małymi oczami zawzięcie, jakbym kiedyś zrobił mu przykrość, coś co go bardzo dotknęło. Poszliśmy do wylosowanego stanowiska i każdy zasiadł na wybranym przez siebie krześle. Ja automatycznie posadziłem tyłek centralnie przed monitorem natomiast wielkolud usiadł po mojej lewej stronie i do ręki wziął notatnik, jakby to robił już wiele razy. Miałem nadzieję, że użyczy mi notatek, bo ja kupnie zeszytu na informatykę nie pomyślałem.
- Hej - zagadałem - Widzę, że będziemy nowymi partnerami przez następne kilka miesięcy i głupio by było gdybym zwracał się do Ciebie "Ty". Jestem Natsu - powiedziałem i wyciągnąłem do niego rękę.
- Wiem kim jesteś kretynie. Chodziłem z Tobą cały rok do szkoły. - warknął gniewnie i nawet nie raczył odwrócić się w moją stronę. Do przyjemnych rzeczy to nie należało, ale nie brałem tego do siebie, bo nawet nie wiem kim on był a nie wydaje mi się, żebym kiedyś się z nim kolegował.
Spróbowałem jeszcze raz zagadać, żeby nie stwarzać kwasów miedzy nami.
- Ty mnie znasz a ja Ciebie nie, więc podaj mi tylko swoje imię, żebym wiedział z kim pracuje. - spojrzał na mnie groźnie ale z czasem jego spojrzenie złagodniało. Gapił się na mnie jak na rzeźbę "Wenus" w muzeum sztuki. To było dziwne i troszkę niezręczne.
- Gajeel Redfox. - rzucił po czym odwrócił się i przez resztę lekcji nie zwracał na mnie uwagi.
Natomiast ja na dźwięk jego nazwiska omal nie straciłem przytomności.... Znałem je i to bardzo dobrze.
.....
Po lekcjach poszedłem na szkolny parking i czekałem na Niva. Zapomniałem zapytać się brata kiedy kończy zajęcia i teraz byłem skazany na czekanie na niego pod autem. Muszę wyrobić sobie prawko - pomyślałem a chwilę później usłyszałem za sobą znany mi już głos.
- Musisz wyrobić sobie prawo jazdy, głupio żebyś czekał na parkingu tyle czasu, kiedy możesz przejechać się do galerii. - rzuciła uśmiechnięta od ucha od ucha Lucy. Wyglądała jeszcze piękniej niż zapamiętałem ją dzisiaj. Włosy był lekko roztrzepane, ubrania wygniecione a plecak ciążył jej mocno na plecach co skutkowało jej garbieniem się. Mimo tego wszystkiego wyglądała wyjątkowo. Odwróciłem szybko wzrok, żeby nie pomyślała, że się na nią gapię maślanymi oczami.
- Mogę się przysiąść? - dodała.
Skinąłem głową nadal wpatrzony w park przy szkole.
- Jak Ci minął pierwszy dzień od tak długiej przerwy? - zagadała siadając koło mnie na krawężniku.
- Całkiem okay, wiem że mogło być gorzej.
- Coś sobie przypomniałeś?
- Tak.... - urwałem.
- Co konkretnie jeśli nie jest to tajemnicą?
- Sekretariat i panią sekretarkę.
Nastała chwila milczenia a po niej wybuch śmiechu. Pierwszy raz zobaczyłem, żeby ktoś aż tak głośno i szczerze się śmiał. Uśmiech zagościł i na mojej twarzy. Spojrzałem na nią a ona powoli łapała oddech i wracała do siebie.
- Ze wszystkich przyjaciół jakich miałeś przypomniałeś sobie jedynie panią sekretarkę?
- Zgadza się, ale też nie od razu. Z początku jakbym pierwszy raz widział tę kobietę a później jak nazwała mnie "parszywym leniem" pomyślałem - Stara dobra Bunia. 
- Podobno to było najczęściej odwiedzane przez Ciebie miejsce. - rzuciła z uśmiechem, ale za chwilkę przygryzła wargi, jakby bała się powiedzieć czegoś co mogłoby mnie urazić.
- Lucy - wypowiedziałem jej imię po raz pierwszy na głos. - nie przejmuj się. Nie urazisz mnie kiedy będziesz próbowała mi coś przypomnieć, to jest bardzo fajnie. Robi mi mętlik w głowie, ale o to chodzi, żeby komórki zaczęły ze sobą współdziałać. Co do Buni, to tak, pamiętam, że bywałem tam nie raz. Najbardziej zbeształa mnie jak przesadziłem jej kwiatki korzeniami do góry. Wściekła się i to mocno. - powiedziałem automatycznie sam za bardzo nieświadomy co się własnie stało. Mózg zaczął pracę.
- Cieszę się, że powoli wszystko sobie przypominasz. - szepnęła i delikatnie dotknęła mojej dłoni. Dopiero wtedy dostrzegłem jak bardzo się trzęsie. Trzymała ją przez chwilę aż drżenie ustało, wtedy za krzaków wyszedł mój brat a ja gwałtowanie zabrałem rękę, żeby nie pomyślał, że wyrywam jego dziewczynę na biednego chłopaka z amnezją.
- Siema ekipo! - krzyknął radośnie -  Wsiadamy do auta i jedziemy do domu. Chyba, że ktoś ma jakieś specjalne życzenia? - zapytał, ale nie słysząc głosów otworzył drzwi. - Świetnie, zatem w drogę.
Usiadłem na tyle, żeby nie przeszkadzać im w rozmowie czy trzymaniu się za ręce, ale nic takiego nie nastąpiło. Znaczy rozmowa była, jak najbardziej, ale rączki każdy trzymał przy sobie. Mimo ciepłych słów Lucy i wypytywań brata o dzisiejsze zajęcia poczułem się niepotrzebny w tym samochodzie. Zebrało mi się na wymioty i kazałem zatrzymać samochód przez jakimś budynkiem.
- Coś się stało? - zapytali niemal równocześnie.
- Nie, wszystko gra. Po prostu czuję, że dalej powinienem pójść pieszo.
- Natsu - zaczął Niv - Nie mam zamiaru puścić Cię teraz samego do domu. Moim obowiązkiem jest odwieźć Cię do domu.
- Niv, powiesz rodzicom, że mimo licznych prób i zachęt nie chciałem wsiąść i nawet siła nie pomogła.
- Nie o to chodzi Natsu. To nie rodzice mi kazali. Ja sam czuję, że nie powinienem Cię zostawiać.
- Nie rób ze mnie dziecka. - rzuciłem szorstko. Samochody za nami zaczęły trąbić. Wysiadłem i zatrzasnąłem za sobą drzwi. - Będę przed kolacją.
- A wiesz o której jest? - zapytał chłodno.
Wzruszyłem ramionami.
- O 17 masz być w domu, bo wraca mama i jak zobaczy, że nie ma Ciebie to mnie się dostanie a nie Tobie.
- Spokojnie, do tej godziny na pewno wrócę. - odszedłem na trochę żeby mógł wyjechać z chodnika. Zza otwartego okna spojrzała na mnie zmartwiona i zasmucona Lucy.
- Będziemy na Ciebie czekać. - powiedziała i odjechali a ja zostałem sam.